Daniel Radej


Najprawdziwsza


       - Źle! 162 to 256 - sorka wytknęła jej kolejny błąd - Nie wiem jak ty, ale ja chcę poznać rozwiązanie tego zadania! Poprawiła wynik i kontynuowała rozwiązywanie nierówności 4-go stopnia. Była niemal doskonałą uczennicą. Zawsze przygotowana, grzeczna, uprzejma, inteligentna, pracowita, ambitna, ... Jednak nie wiedzieć czemu, akurat dziś sorka wywołała ją do tablicy. Miała już kilka stopni z odpowiedzi, chyba najwięcej z całej klasy. Dlaczego została zapytana? - nie wiedziałem - jeszcze. Bardzo często się zgłaszała - bezskutecznie. Wszyscy wiedzieli, że umie. Dlaczego właśnie dziś? Dlaczego akurat dnia, gdy po zarwanej nocy przed klasówką, niewyspana siedziała w szkole pomimo uporczywego bólu głowy? Zadanie nie było trudne. Jeszcze wczoraj rozwiązałaby je bezbłędnie, uzupełniając dziennik o kolejną piątkę. Mozolnie próbowała rozwiązać to zadanie, często plącząc się w zeznaniach.
Sorka była wyraźnie zdenerwowana. Może to właśnie był powód, z którego akurat ją zapytała - chciała sobie poprawić humor. Wszyscy już dawno mieli rozwiązanie tego zadania, panował harmider.
- Siadaj i daj znać jak się nauczysz! - powiedziała głosem nie dopuszczającym sprzeciwu.
- Sorko ... - wydobył się błagalny i załamujący się głos uczennicy, ale reszta zdania jakby nie przeszła jej przez gardło. Tylko spuściła głowę i powoli podeszła do ławki. Płakała. Dziewczyny próbowały ją pocieszać, ale ona tylko bezgłośnie płakała. Nigdy specjalnie nie zależało mi na stopniach, ale jej naprawdę współczułem.
- Trzydzieści dwa do tablicy! - rzuciła rozdrażniona nauczycielka.
Tym razem nie było większych problemów, przynajmniej z rozwiązywaniem zadania. Na chwilę przed końcem dowodu na korytarzu dały się słyszeć czyjeś kroki. Chyba ktoś biegł. Co prawda nie był to głośny tupot, lecz w obliczu niemalże absolutnej ciszy panującej w sali, wydawał się niemalże hukiem.
Drzwi otworzyły się gwałtownie. Ukazała się w nich młoda dziewczyna. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Musiała biec od dłuższego czasu. Oparła się na pierwszej ławce ciężko dysząc. Była naprawdę ładna, jednak jej urodę skutecznie maskował strach, który odmalował się na jej przepięknej twarzy. Była ubrana w dżinsy i jasną bluzkę. Ale nie to zwróciło na nią powszechną uwagę. Owa bluzka była podarta... Trzymała się za bok, tamując powolny wypływ krwi. Stała tak zaledwie przez sekundę, ale ta wydawała się być wiecznością. Jakiś chłopak podniósł się z krzesła...
- Iwa nie żyje...
Opadł jednak z powrotem zrezygnowany.
- ... Pipi... Czarny... Szpaner... i Maru też - niemal wyszeptała, łapiąc oddech - udało mi się uciec... zaraz tu będą...
Zamknął oczy, siedząc niewzruszenie. Nie drgnął mu choćby jeden mięsień twarzy, nie poruszył żadnym palcem. Po prostu siedział z zamkniętymi oczami, tak beznamiętnie, jakby będąc myślami gdzieś zupełnie indziej.
W końcu spojrzał na nią.
- Trzeba Cię opatrzyć - wstał i podszedł do niej, powolnym i zdecydowanym krokiem.
- To tylko draśnięcie. Musimy uciekać! Oni zaraz tu będą - powiedziała jednym tchem.
- Nie ujdziemy daleko, jeśli się wykrwawisz! Niech sorka wpisze mi nieobecność.
- Tylko na tej godzinie?
- Do końca życia... - niemal wyartykułował po chwili, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią.
Wyszli z sali, zostawiając teczkę szkolną i dużą, czerwoną plamę na parkiecie. Przełożył sobie jej rękę przez szyję i podniósł ją, widząc, że każdy krok sprawia jej ból. Zaniósł ją do gabinetu pielęgniarki.
- Czy mogłaby pani ją opatrzyć?
- O Boże! Co się stało?
- Rana postrzałowa. Ci, którzy to zrobili, mogą się tu pojawić w każdej chwili, więc proszę o pośpiech - powiedział ze spokojem -niech pani nie pyta o szczegóły.
Pielęgniarka posłusznie zdjęła apteczkę z leżaka i kazała ją położyć.
- Proszę zdezynfekować ranę i zatamować krwotok. Później już nas pani nigdy więcej nie zobaczy - spojrzała nich ze zdziwieniem.
Pielęgniarka znalazła jakąś fiolkę i podeszła do pacjentki, biorąc po drodze jeszcze strzykawkę.
- Niech pani daruje sobie znieczulenie! Bardzo zależy nam na czasie, a po narkozie nie będę w stanie normalnie funkcjonować. A chciałabym dożyć jeszcze do jutra - wymownie spojrzała mu w oczy...
Strzykawka została odłożona z powrotem na stolik, a pielęgniarka ponownie wyciągnęła coś z oszklonej szafki. Była to woda utleniona.
- Będzie bolało! - powiedziała na chwilę przed polaniem rany.
Dziewczyna z bólu napięła wszystkie mięśnie aż do granic możliwości, a na jej twarzy ukazał się grymas niewyobrażalnego bólu. Nie wydała jednak żadnego dźwięku... On złapał ją za rękę, chcąc choć odrobinę ulżyć. Wzięła głęboki oddech i spojrzała mu głęboko w oczy, dziękując.
Pielęgniarka nie wierzyła w to, co zobaczyła. Ta dziewczyna mimo ogromnego bólu nie wydała najcichszego nawet dźwięku i ... to spojrzenie, głębokie, pełne wdzięczności i miłości... mimo młodego wieku, tak dojrzałe. Nic nie mówiąc sięgnęła po tubkę z jakąś maścią, a następnie zabandażowała ranę na wysokości dolnych żeber po prawej. Rana wyglądała okropnie, ale nie było czasu na jej dokładne zbadanie i opatrzenie.
- Jeszcze chwilkę. Podam zastrzyk przeciwtężcowy - powiedziała, biorąc ponownie strzykawkę i jakąś nową fiolkę - niech zażywa jedną co godzinę - dała mu opakowanie tabletek, które wsunął do kieszeni. Spojrzała na nią z podziwem. Podszedł do niej i już obejmował.
- Spokojnie, poradzę sobie - powiedziała siadając. Objął ją i pomógł wstać.
- Dziękujemy pani i do widzenia.
- Do widzenia - wyszli. Ci ludzie wydają się jacyś dziwni, ... jakby naprawdę ludzcy, mimo, że nie uzewnętrzniali swoich uczyć... ani myśli. Po prostu zachowując je dla siebie, zupełnie jak ktoś, komu nic innego nie zostało, choć nawzajem doskonale odczytywali to, co czuła ta druga połowa.
Ona pozwoliła mu się prowadzić. Nadal czuła silny ból, choć był on dużo słabszy od tego... z gabinetu. Mijali kolejne sale. Do dzwonka było jeszcze kilka minut, więc korytarz był pusty. Doszli do schodów i powoli zeszli po nich aż na sam dół. Oboje wiedzieli, że najlepiej będzie wyjść tylnym wyjściem, więc właśnie tam skierowali swoje kroki. W końcu wyszli ze szkoły. Ale było już za późno. Kilka metrów od drzwi właśnie parkowało kilka czarnych mercedesów.
Wrócili do środka. Biegli. Rozległ się Huk. Szybciej! Kolejny, jeszcze jeden, ... Szybciej! Wyślizgnęła mu się z rąk. Dwa kroki dalej zatrzymał się i odwrócił. Leżała na brzuchu. Tak piękna, z rozwianymi włosami. Niczym anioł przypadkiem strącony z gwiazd. Leżała na brzuchu z głową lekko odchyloną w prawą i rękami zaciśniętymi w pięści. Sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała zerwać się i wznowić ucieczkę. Jej prawa dłoń powoli otworzyła się... było już za późno. Z tyłu głowy pojawiła się niewielka plamka, zaborczo ciemniejąca na tle jej pięknych, świetliście jasnych blond włosów. Stopniowo punkt ten pokrywał coraz to większe połacie jej głowy, jakby chcąc posiąść ją tylko dla siebie. Umarła!
Na jego twarzy odmalował się paniczny strach. Podbiegł do niej. Nogi mu się ugięły. Z pobliskich sal wychyliło się kilka osób aby zobaczyć, co było przyczyną hałasu.
On jednak, nie zwracając na nic uwagi podniósł ją, położył sobie na kolanach i przytulił. Po policzku stoczyła mu się łza, a za nią następna, następna i następna... Wpatrywał się w jej oczy - otwarte nieco szerzej niż zwykle, z powiększonymi źrenicami. Przycisnął ją mocno do siebie, zwilżając jej i tak już zniszczoną bluzkę. Po chwili pocałował ją namiętnie. Usta miała jeszcze ciepłe, jednak pierwszy raz nie odpowiedziała. Jego twarz znów przybrała beznamiętny wyraz, tylko oczy zdradzały strach. Ale czego tak naprawdę się bał? Dotąd nawet nie zauważył, że otoczyło ich kilkanaście osób w ciemnych garniturach.
Wstał. Spojrzał każdemu z nich głęboko w oczy. Powoli i dumnie podszedł do jednego z nich, który wydawał się być szefem.
- Dlaczego? - spytał opanowanym, choć nieco drżącym głosem.
- Gdzie byliście wczoraj w nocy, około 10:30?
- Widzieliśmy tam kilka osób wsiadających do samochodu i szybko odjeżdżających. Ale czy to jest powodem, żeby zabić?...
Czy to wystarczający powód, żeby zabić aż ośmiu ludzi?
- Widzieliście ich twarze?
- Tak!...
- Więc kurwa gadaj!
Odwrócił się i wskazał na nią
- Zgadnij, czego się ode mnie na ten temat dowiesz - straceńcze. Ona przybiegła tutaj, żeby mnie ostrzec, mimo, że była ranna. - chwila pauzy - Dlaczego ich zabiliście? Muszę to wiedzieć! - mówił z podnieceniem.
- Uciekali, więc byli winni! - odpowiedział.
- Albo po prostu nie wiedzieli, czy gonią wczorajsi ścigani, czy też ścigający. Co oni takiego zrobili, że zasłużyli na śmierć?
- Ukradli bardzo cenny obraz... - nie dokończył bo chłopak jakby zmienił wyraz oczu z wyrażającego żal i strach na pełny pogardy. Podszedł do niego jeszcze bliżej, wciąż patrząc mu głęboko w oczy. Stali tak nieruchomo, jakby mierząc się wzrokiem. Nagle chłopak z całej siły uderzył go. Kiedy tamten wyprostował się, znowu popatrzył mu głęboko w oczy.
- Naprawdę kochałem ją! - powiedział po chwili znów spokojnie, utrzymując kontakt wzrokowy - Na świecie jest zdecydowanie za dużo straceńców!- zaakcentował i powoli nakierował jego broń w kierunku swojego serca.
- Strzelaj! - powiedział z niewzruszoną twarzą.
- Strzelaj! - powtórzył po chwili - Jeśli starczy ci odwagi! Straceńcze.
Padł strzał. Chłopak dopiero po kilku sekundach osunął się na podłogę. Leżał w nienaturalnej pozycji, ale upadając, jakby ostatkiem sił nakierował swoją rękę na jej gładką dłoń. Leżeli tak trzymając się za ręce, nawzajem patrząc sobie w oczy. Leżeli nieruchomi, skamieniali, martwi. To był już koniec ich doczesnego bytu. Jednak dusze splątane nierozerwalnym węzłem, ulatują do "stacji wieczne szczęście". Dopiero teraz są naprawdę potężni, naprawdę bogaci, naprawdę szczęśliwi. Mają to, co posiedli nieliczni. Zrozumieli to, co pojęło niewielu. Mają wszystko, czego pragną, czego pożądają, czego chcą. Już nikt nie zakłuci ich spokoju, nikt im nie zagrozi, nic ich nie rozdzieli. Już zawsze będą razem, splątani gordyjskim węzłem uczuć. Aleks już dawno umarł, zstąpił z piedestału losu, ich już nie rozdzieli.
Nikt nie śmiał poruszyć się. Wszyscy zamarli w podziwie ich miłości, wierności i charakteru. Zastanawiali się co każdy z nich zrobiłby na jej, a co na jego miejscu. Czy byłby bohaterem swojego sumienia, czy jego ofiarą. Zwycięzcą, czy pokonanym.
- No to koniec zadania - po dłuższej chwili odezwał się jeden z facetów w garniturach.
- Tak... to już koniec! - padła odpowiedź.
Dowódca wracając do samochodu myślał intensywnie: "Co go skłoniło do takiej decyzji? Dlaczego podpisał i niemal sam wykonał wyrok? Mógł przecież powiedzieć to, co wiedział i odejść! Dlaczego tego nie zrobił? A może on kłamał... Nie! Te oczy... Dlaczego wolał zginąć, niż...".

DLACZEGO ZDYCHALI TAK DUMNIE?
ŚWIĘCI WYSŁANNICY MĘCZEŃSTWA?
NIE
JEDYNI SPARTANIE HONORU!



[ powrót ]