BIESZCZADY - BESKID NISKI


"Pełna galeria z obozu"

        Dzień I - jedziemy w góry - euforia
        Dzień II - idziemy po górach - radość
        Dzień III - idziemy po górach - większa radość
        Dzień IV-idziemy po górach. - zadowolenie
        Dzień V - ....
    Opadły mgły i klub ze snu się budzi. Kolejny dzień naszego obozu. Pobudka! - przecież dopiero się położyliśmy - wszyscy zgodnie twierdzą ,że za krótko spaliśmy. Ale jeśli ktoś by zapytał :"Co zrobilibyście jeśli powtórzyłby się wczorajszy wieczór - śpiewalibyśmy dłużej".
    O śniadaniu turysty nie można powiedzieć, że jest królewsko zastawione. Codziennie górska dieta lekkostrawna: mleko, płatki, pasztet, pomidory, majeranek oraz nowość w naszej kuchni - przecier z zajadle ostrej papryki. Każdy Alf, który ma pięć żołądków na pewno je napełni, Majster Bieda i PKS także.
    Ciężar mojego plecaka oscyluje na granicy 20kg. Dlaczego ja zawsze musze nosić apteczkę a nie płatki które dostały do plecaka dziewczyny? Ciekawe - to zapewne z sympatii kadry. Przecież nic nie zrobiłem !!! Nie zaspałem na dyżur ani nie mam brudnych butów. Koszulka? – może trochę.
    Po śniadaniu codzienna odprawa i podanie trasy. Zapewne znając życie "kszuny bez szlaku".Może dzień litości dla gości? Pudło. Tekst - "Słuchajcie, kilka kilometrów , cerkiew, mała górka i zejdziemy do wyciągu a stamtąd trzy godziny do schroniska". Już widzę te "skróty", zawsze kończą się tak samo. Zapewne czeka nas cały dzień (oby tylko).
    Rano wychodząc z Rzepedzi pożegnaliśmy naszego ratownika i nie był to na szczęście GOPR-owiec, ale WOPR-owiec wszystkim klubowiczom znany Krzyś. Był z nami tylko przez jedną dobę, ale zdążył już zdobyć naszą sympatię. To nie oznaczało, że liczba uczestników spadła: Basia, Iwona i Olga wzmocniły naszą ekipę.
    "Lewa, gęsiego, w buty" - norma. No to w buty. Pierwszy postój przy cerkwi. Jak fajnie zdjąć plecak i napić się wody a będzie lżejszy. I tu kończy się cywilizacja. Ostrzeżenie miejscowej kobiety "tylko uważajcie na żmije, było dużo pogryzień w tym roku". Ciekawe kto idzie pierwszy?
    Godz.12, temp.27C(w słońcu 34), zachmurzenia brak, wilgotność T-shirtów maksymalna, pot płynie po wszystkim. Okiełznaliśmy pierwszą małą górkę, wchodziło się po równi pochyłej, która była podobna do nogi zgiętej w kolanie pod kątem prostym. Krótki postój i "w buty".
    Przez pierwszy OS "Błotko" wszyscy rajdowcy muszą obowiązkowo przejść. Paradoksalnie wszyscy najpierw starają się wyjść suchą stopą, aby po kilkunastu minutach nie widzieć różnicy po czym się stąpa.
    Pogoda szybko zaczyna się zmieniać. Kilka chmurek a po kwadransie robi się ciemniej. Może nie będzie padać. Padać jak padać. Przed nami widok na Tokarnię - robi wrażenie. Pasiemy oczy, krótki wykład szefa..... i ...... łup (wyraz dzwiękonaśladowczy by nie użyć innego). To już nie zabawa. Bardzo bliskie uderzenie pioruna a my na szczycie łysej góry. Więc "w buty" w tempie max do wsi która jest tylko na mapie.
    OS II - zejście do strumienia - czy ja się nazywam jeleń bo tylko one tędy chodzą? Skarpy zawsze były moją specjalnością.
    OS III - dlaczego pokrzywy rosną większe od człowieka? Zamiast siekiery musimy kupić maczetę.

    -Proszę pana, a gdzie pan tak sobie idzie?     -Gdzie ja tak sobie idę? Zachwycające jest twoje pytanie mały. Gdzie ja tak sobie idę? Na tak ładnie postawione pytanie nie można nie odpowiedzieć. Ale czekaj, bo chciałbym ci też ładnie odpowiedzieć. Gdzie ja tak sobie idę? Naprzód próbuje iść sobie , mały. Naprzód.
Edward Stachura, Opowiadania

    Naprzód, palcem po mapie, a następnie na poobcieranych stopach przeszliśmy trochę dalej i dalej w kierunku następnej realnie istniejącej wsi. Po drodze szybki obiad z kanapek powleczonych nieśmiertelnym pasztetem, zatankowanie do pełna naszych pojemników wodą ze strumienia. I Błoto, błoto, błoto. Ale wszystko się kiedyś kończy.
    Zaczyna się ściemniać. Po drugiej stronie strumienia widać drogę, którą po kwadransie dotrzemy do sklepu, a po godzinie do schroniska. Nasz "Przylądek Nadziei" (czytaj sklep) został zamknięty na naszych oczach: 1kilogram płatków,0.5 kilograma cukru, 20 gram majeranku, chleb, pięć torebek zupy w proszku - cały nasz dobytek. Trochę mało jak na nas.
    Narada pod sklepem. Kierownik junior - Jacek zabiera grupę do schroniska, szef i 2 głodomory ruszają na łowy. Znajomości Szefa zapewne nie pozwolą nam zginąć. Prawdziwi przyjaciele których mamy nie zawiedli i tym razem. Dyrekcja szkoły (obecna i przeszła) wyprowiantowała nas czym "chata bogata". Dziękujemy im serdecznie za to, że zamiast przygarbienia i pogrążenia w marazmie, chodzimy teraz wyprostowani (objętość żołądka nie pozwala na zgięcie kręgosłupa) i uśmiechnięci.
    Przed kolacją dziewczyny przekroczyły dwukrotnie czasowe limity (wprowadzone przez UE- Unię Egzekutorów- czytaj Opiekunów) aby umożliwić wszystkim ciepły prysznic. Dziś nikt nie narzekał na brak ciepłej wody dlatego egzekucja została odroczona.
    Kolacja, czyszczenie butów, szybkie pranie i jest 23. Czas na pogaduchy do poduchy, obowiązkowe śpiewanie i czas spać.
    Rano dzień VI czyli .....


[ powrót ]