Spływ kajakowy Czarną Hańczą


Uczestnicy:

Tomasz Kowalski
Ania Wojciechowska
Kasia Duda
Karol Łyda
Magda Włosek
Marek Duda
Paulina Drozd
Piotr Łukasik
Wojciech Gnyp
Łukasz Chrzanowski
Michał Barna
Weronika Sobieszyńśka
Wiola Pytka
Ania Goguł

Wszędo-student:

Sylwia Walczak
Wicio Mamczur

Kadra:

Krzysztof Szukiłowicz
Piotr Mirosław
Wojciech Girguś

Fotki z wędrówki po Suwalskim Parku Krajobrazowym

Pełna galeria ze spływu


          Wakacyjny czas ulatywał przez palce, a wrzesień zbliżał się nieubłaganie. W pociągu relacji Warszawa Lublin grupa 19 osób łaknąca cywilizacji. Zmęczone wybiedzone twarze, ręce szersze w bicepsie o kilka dobrych centymetrów. Smak pasztetu, płatków z mlekiem, paprykarza – znany na pamięć. Wilgotność wody w Czarnej Hańczy stwierdzona aż za nadto na własnej skórze. Pył suwalskich bezdroży pozostał w zakamarkach obuwia na dobre. Manewrowania kajakiem opanowane do perfekcji. Zarośnięci, młodzi (bez wyjątku!). W myślach każdego nich pamięć 10 dni spędzonych na wspólnej wędrówce – tej pieszej jak i wodnej…

          A wszystko rozpoczęło się na lubelskim dworcu PKP. Stąd właśnie wyruszyli. Niepewni przyszłości, pełni znaków zapytania w oczach, żądni przygód. Pierwsze prowizoryczne obozowisko rozbili przed suwalskim dworcem. Następnie przewiezieni białym bolidem wraz ze swym całym ekwipunkiem do pierwszego obozowiska w Starym Folwarku. To właśnie stąd 3 dni później cała wyprawa miała wyruszyć na swoich dwuosobowych napędzanych jednym koniem mechanicznym (siedzący z tyłu osobnik z wiosłem) kajakach.

          Przed rozpoczęciem sedna wyjazdu – czyli rekreacyjnego spłynięcia Czarną Hańczą do Augustowa, grupa odbyła kilka krajoznawczych wypraw w Suwalskim Parku Krajobrazowym. Podziwiając niebywałe ukształtowanie terenu łatwo wyobrazić sobie olbrzymie masy lodowca które przemieszczały się tu przed milionami lat. Ciekawym faktem był punkt kasowy w środku parku, ale jak wiemy utrzymanie ścieżek jest sprawą pierwszorzędną, i żaden ‘układ’ nie może tego planu zniweczyć, ani doprowadzić do dewastacji ścieżek. Po zwiedzeniu urokliwych zakątków suwalszczyzny przyszedł czas na to co dla wszystkich było najważniejsze. Po tym jak do profesjonalnie rozbitej bazy namiotowej w Starym Folwarku przybył w mglisto pomarańczowym pulowerze ratownik Krzysztof –człowiek, który czuwał nad bezpieczeństwem amatorów wrażeń przez cały okres trwania spływu, coraz szybciej zbliżał się moment kiedy grupa wsiądzie do kajaków.. niektórzy pierwszy raz w życiu.

          "Wypływają kajakarze w siną dal....." i wystartowali tego jakże pięknego dnia z malowniczego jeziora którego nazwa przywodzi na myśl tą cudowną markę polskich rowerów. Jak wiemy początki bywają trudne co widać po niektórych ekipach. Nie mam pojęcia jaki jest tego powód, ale niektórzy (najprawdopodobniej dla walorów stricte turystycznych) przeszywają jezioro wzdłuż oraz wszerz zupełnie zapominając o tym, iż warto oszczędzać siły. Ale nie!! Proszę tylko spojrzeć na Błękitną Ostrygę, tak to ten charakterystyczny lazurowy hydro-mobil. Widać wyraźnie, iż ta załoga stara się inteligentnie rozplanować swoje siły. Ten potężnie zbudowany zawodnik bez wątpienia wiosłować zacznie dopiero na finiszu gdzie to swoją świeżością zaskoczy resztę stawki. Grupę zamyka wpatrzony rozmarzonym wzrokiem w taflę jeziora wyrwany z warszawskiego gąszczu ulic pan ratownik. Obok naszego stanowiska przemknął przed momentem kolejny z kajaków – panie pilocie wiosło to nie sterowniczy drążek! Z trzcin wynurza się ekipa, która jest istnym misz maszem – mieszanka młodzieńczego szaleństwa z doświadczeniem, niewątpliwie najbardziej rzucająca się w… uszy załoga. W tle siła spokoju poszukujący gwiazd na niebie wzrok pokonuje siłą swoich ramion kolejne metry. Pierwszy etap dobiegł końca, a przed nami jeszcze 6 dni walki z żywiołami, śluzami, łabędziami. Miejmy tylko nadzieje że obędzie się bez jakichkolwiek scysji z organizatorami, nauczeni doświadczeniem lat poprzednich zawodnicy starają się robić wszystko co w ich mocy, lecz czasem i to za mało.

          Po dopłynięciu do mety oraz zakonserwowaniu w odpowiedni sposób sprzętu wszyscy usiłują jak najszybciej rozbić namioty. Nie! Nie wszyscy widzimy grupę zapalonych kucharzy którzy pod wodzą Szefowej kuchni dzielnie w warunkach polowych starają się nakarmić oraz napoić stadko rozjuszonych kajakarzy.

          Wszyscy ogromnie zaskoczeni, gdyż podczas niektórych noclegów zapewnione były naprawdę mocne wrażenia. Brazylijski kontyngent zadbał o to, ażeby męska część wyprawy nocą nie musiała spać, acz pilnować dobytku.

          Codzienne noclegi w różnych miejscach, codzienna przeprawa uroczą rzeką, bliskości fauny i flory. To rzeczy którym zawodnicy przez kolejne 5 dni będą stawiać czoła. Wyprawę uwieńczy uroczysty chrzest kajakarzy. Jakby to rzekł jeden z zawodników „Sztos kokos i dwa banany..”. Drastyczne sceny oraz przerażenie w oczach najpierw chrzczonych a później chrzcicieli.. Jedno pytanie nurtujące wszystkich – dlaczego ten czas zleciał tak szybko?

          Teraz tu na stacji kolejowej w Lublinie.. pewni jednego – są rzeczy których kupić nie można...


Łydzik vel. Alf ;)




[ powrót ]