Płaskowyż Nałęczowski


12.02.2005r.



Uczestnicy:

Kasia Duda
Marek Duda
Marta Nóżka
Karol Łyda
Piotrek Łukasik
Łukasz Jedrzejek
Paweł Goguł
Agata Stankiewicz

Studenci:
Krzysiek Kazubek
Kuba Litwiński

Kadra:
Jacek Kluczyk
Wojciech Girguś



            Szlaki pokrywa warstwa 30 centymetrowego śniegu, temperatura oczywiście poniżej zera, czyli wszystko to, co tygryski lubią najbardziej. Sobota, godzina 8:30 a na lubelskim dworcu PKP można zaobserwować sylwetki wszędołazowiczów, którzy w piękny dzień 12 lutego zdecydowali się wybrać na małą eskapadę po Płaskowyżu Nałęczowskim. Po zakupieniu biletów do miejscowości Sadurki udaliśmy się powolnym krokiem w stronę peronu numer dwa skąd odjeżdżał nasz pociąg. Po wejściu do jakże luksusowo wykończonych wagonów stwierdziliśmy, że jest o wiele za ciepło (a może to już była sauna?) więc wszyscy się "porozodziewalismy". W przekonaniu iż na stacji w Sadurkach znajduje się kres naszej podróży mijaliśmy kolejne stacje. Jak się okazało Sadurki okazały się tylko punktem przelotowym a tak naprawdę jedziemy dwie stacje dalej. Szczegółów nie będę wyjaśniać, ale pamiętajcie zero rutyniarstwa! Wysiedliśmy w miejscowości o uroczo brzmiącej nazwie Łopatki. Tu też odbyła się odprawa (ci co nie mieli latarek mogli się zacząć bać) oraz krótka bitwa na śnieżki (za krótka). Po komendzie Szefa "w buty" ruszyliśmy w naszą trasę. Przez wsie Rogalów oraz Zawada doszliśmy do centrum lubelskiego narciarstwa - Rąblowa gdzie podziwiając urocze widoki urządziliśmy krótki postój. Dalsza trasa była nam znana: poprzez Wąwolnicę prosto do Nałęczowa. Oczywiście zbyt proste, żeby mogło okazać się prawdziwe. Do Wąwolnicy doszliśmy bez problemu mogąc raczyć się urzekającymi krajobrazami, które rozlegały się z każdej strony. Pechowcy, którzy "zapomnieli" sprzętu nie mogli się obejść bez kary. Pod silnym ostrzałem musieli czołgając się po śniegu przebyć 50 metrów (myślę że Pani profesor Przytuła byłaby z nich dumna!). Trasa z Wąwolnicy do Nałęczowa nie okazała się jednak tak krótka i łatwa jak przypuszczaliśmy. Umożliwiło nam to jednak uroczą wędrówkę po zmarzniętych, nierównych pokrytych grubą warstwą śniegu POLACH! Nie da się ukryć, że nasze nogi po trochu zaczynały odczuwać te kilkanaście kilometrów w ciężkich warunkach. Trochę zmęczeni postanowiliśmy zatrzymać się na łyk herbaty. Ale myśl, że nasz cel coraz bliżej napawała optymizmem (niektórych tak ze wykonywali na śniegu turlając się z górki jakieś dziwne akrobacje). Przed samym Nałęczowem wszyscy już szaleli w śniegu (istne białe szaleństwo bez nart!). Gdy już dotarliśmy do naszego celu, czyli kompleksu basenowego w Nałęczowie otrzymaliśmy krótką instrukcje obsługi i po jakichś 45 minutach już szaleliśmy do woli lecz tym razem w wodzie. Oczywiście nie sami gdyż dopomógł nam dzielny Ledzio (Marcin Legwant) z Wiciem (który się ponoć przebrał za listonosza). Wszelkie masaże, bicze wodne były istnym ukojeniem dla naszych nóg. Warto wspomnieć o jaccuzi i dwóch saunach które stale oblegaliśmy. Niestety czas nas naglił. Musieliśmy powoli opuszczać ten prawdziwy raj na Ziemi. Powolnym spacerem w świetnych humorach udaliśmy się do dworca PKS w Nałęczowie. Tu właściwie skończyła się nasza wędrówka. Rozpoczęcie roku 2005 wszyscy uważamy za udane i z niecierpliwością czekamy na kolejne wyjazdy.

Marta Nóżka & Karol Łyda


[ powrót ]