Ekspedycja Bug

27-29.05.2005

 

Uczestnicy:

Jarocińska Olga

Barbara Pikula

Marcin Kuśmierz

Iwona Bodziuch

Katarzyna Duda

Paweł Goguś

Magda Cisz

Tomasz Kowalski

Karol Łyda

Kamil Wójcik

Łukasik Piotr

Magda Włosek

Duda Marek

Adrian Słabuszewski

Nóżka Marta

Agata Stankiewicz

 

Kadra:

Wojciech Girguś

Kluczyk Jacek

 

"Pełna galeria z wyprawy"

 

 

Swoją „przygodę” z Klubem rozpoczęłam, jak na mnie przystało, spóźnieniem spowodowanym nieprzewidzianymi trudnościami w pakowaniu się w jeden plecak razem z Gogim. Co prawda tylko 3 minuty ale już PG zdążył za to oberwać (choć podjął próbę postawnie się).

Po załadowaniu wszystkich rzeczy oraz nas samych do wnętrza (dosyć ciasnego...) busa... ruszyliśmy! Pierwszym punktem docelowym była Liszna, gdzie mieliśmy nocować. Ledwie zdołaliśmy wysiąść, a już razem z Iwonką i Madzią zostałyśmy oddelegowane do kuchni. Po kolacji w postaci wodnistych flaczków (tak, tak...”gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść, ale jest co szczypać” ) nadszedł czas na przygotowane przez męską część naszego grona ognisko (fajnie popatrzeć jak panowie zapoznają się z siekierą ucząc się prawidłowej jej obsługi. Nowością była lekcja cięcia piłą ,,twoja –moja”, co nie koniecznie na początku wszystkim sprawnie wychodziło. Szef wyraźnie obawiał się o całość ciał co niektórych ale nic na szczęście się nie stało). W trakcie jego trwania został zrealizowany główny cel rajdu – pożegnanie maturzystów. Niestety nie dane mi było poznać ich bliżej, jednak atmosfera jaka wtedy zapanowała pozwoliła mi doskonale zrozumieć jak istotną część Klubu stanowili. Potwierdził to Szef w kilku słowach wstępu, a następnie Kasia, która w imieniu Klubowiczów pożegnała każdego z maturzystów, wręczając im przygotowane wcześniej prezenty. Cóż...”Va’esse deireadh aep eigean”, wiec dalsza część ogniska, mimo wszystko, upłynęła w radosnej atmosferze wśród śpiewów i żartów. Po niewiarygodnie szybkiej toalecie wieczornej, przepełnieni radością z powodu następnego dnia, który (teoretycznie, bo w praktyce wyszło „troszeczkę” inaczej...J miał rozpocząć się o 6 rano...poszliśmy spać.

        Po śniadaniu ruszyliśmy ku Jabłecznej. Odwiedziliśmy cerkiew, w której wysłuchaliśmy bardzo zajmującej opowieści na temat klasztoru, cerkwi a także dosyć sporo o przyczynach schizmy wschodniej.

Humory dopisywały nam mimo licznych utrudnień m.in. w postaci palącego słońca oraz inwazji komarów i meszek, które za nic miały unoszące się nad nami opary zabójczej (no właśnie, tylko dla kogo ona była zabójcza?! Bo na pewno nie dla nich...) mieszanki OFF&AUTAN. W czasie postojów poszczególni członkowie Klubu przedstawiali pozostałym, przygotowane przez siebie, informacje na temat terenów po których wędrowaliśmy. Po południu dotarliśmy do Kodnia... Tu szybkie uzupełnieni prowiantu, rutynowa wizyta u miłych panów w Straży Granicznej i czas do pracy – czyli przygotowania do uroczystości w Kostomłotach. Po ulokowaniu się w pokojach kolejny raz zostałam wysłana do kuchni...Tym razem poszło nam znacznie sprawniej. W czasie kolacji odwiedził nas o. Roman, wytłumaczył nam znaczenie święta w którym zamierzaliśmy wziąć udział oraz opowiedział o historii parafii unickiej. Na zakończenie Klubowicze dali popis swoich zdolności wokalnych czym wyraźnie sprawili Ojcu radość.

Ten rajd to mój „turystyczny debiut”, więc z pewnością wielu rzeczy jeszcze nie wiem, ale jednego jestem pewna. Nie ma chwili podczas całego wyjazdu ,która lepiej oddaje turystyczny klimat niż wspólnie spędzony czas przy ognisku. Tak więc tego dnia również nie mogło go zabraknąć, mimo iż byliśmy wyraźnie zmęczeni.

        Ostatniego dnia (niewiarygodne jak szybko minął ten czas!) wzięliśmy udział w uroczystościach odpustowych. Zaciekawił mnie obrządek w jakim zostało odprawione nabożeństwo, tak przecież różny od tego z którym spotykamy się na co dzień. Dobrego wrażenia nie zepsuły nawet takie „drobne niedogodności” jak upał i czas trwania uroczystości (ponad 3 godziny)

Po części oficjalnej udaliśmy się na pyszny obiad (ach ta Unia Europejska i jej dobrodziejstwa:). Potem zostało nam już tylko spakować się, pożegnać o. Romana i podziękować za gościnność. Opaleni, zmęczeni, pogryzieni, a mimo wszystko pocieszeni faktem iż mogliśmy nakarmić kilka (czyt. tych które zdołały przed nami uciec....) przymierających na tym odludziu głodem stworzonek ;) ruszyliśmy w drogę powrotną.         Podsumowując, rajd okazał się dla mnie nie tylko świetną przygodą, ale i ciekawym doświadczeniem. Dobrze jest czasem oderwać się od rutyny dnia codziennego i spróbować innego życia. Wiem teraz, że turystyka nie musi być tylko hobby „po godzinach”, ale także pomysłem na życie!

Jestem pewna, że ten wyjazd pozostanie w mojej pamięci na bardzo długi czas.

 

Magda Cisz

 

[Powrót]