Roztocze Południowe

10-12.11.2006

Uczestnicy

Karol Łyda
Duda Marek
Magda Włosek
Stankiewicz Agata
Rafał Kowalik
Paulna Drozd
Wioletta Pytka
Iza Rodak
Agnieszka Kowalska
Michał Stelmaszczuk
Chrzanowski Łukasz
Weronika Sobieszyńska
Atrur Ejtel
Jarosław Niedźwiedź
Bartek Czarnowski
Łukasik Piotr

KADRA

Wojciech Girguś
Walczak Sylwia



Wszędołaz Student

Barbara Pikula
Paweł Goguł
Ewa Frączek
Marta Nóżka
Grzegorz Krzyżanowski
Katarzyna Duda
Marcin Kluczyk
Jacek Kluczyk
Edyta Gala
Paweł Świec
Marcin Legwant
Iwona Bodziuch
Olga Janocińska
Witold Mamczur
Maciej Łuszczki
Kazubek Krzysztof
Aleksandra Białecka

"Pełna Galeria z wyprawy"

         Kolejny z klubowych wyjazdów, miał być pod wieloma względami niezwykły:

  • liczba uczestników była naprawdę oszałamiająca, gdyż zasileni bardzo silną ekipą studentów tworzyliśmy wszędołazową bandę w ilości większej od 20 co zdarza się dość rzadko,
  • była to okazja do przetestowania naszych zdolności interpersonalnych w stosunku do Pana Grzegorza z Koźla (znanego pod pseudonimem wujek Szkodnika)
  • dla naszych kochanych pierwszaków wyjazd był okazją do skonfrontowania rzeczywistości klubowej z ich osobistą,
  • no i w końcu bo każdy z naszych wyjazdów jest niezwykły.

             W pochmurny, dość zimny deszczowy poranek wyruszyliśmy. Miejscem do którego mieliśmy tego dnia dotrzeć było Brusno Nowe. Oczywiście droga do niego nie mogła biec prosto. Chotylub, Nowe Sioło, kopalnia siarki Hucie Kryształowej, w urokliwy zespół cerkiewny w Radrużu wraz z przycerkiewnymi cmentarzami Oprócz podziwiania piękna roztoczańskiej przyrody oraz architektury pogranicza było nam tego dnia dane zrobić jeszcze jedną przyjemną rzecz - porwać ze stacji w Horyńcu Kasię, która dzielnie przybyła do nas z Krakowa. Dziń minął szybciej niż się spodziewaliśmy. Po sowitej porcji jedzonka wieczór spędziliśmy na wspólnym śpiewaniu, które okraszane było wspomnieniami tych bardziej doświadczonych. Poza kilkoma opowiadaniami "z życia wziętymi" była to świetna okazja żeby "młodzi" dokładniej zapoznali i zintegrowali się z bracią maturzystów i studentów.

             Pobudka dnia drugiego jak zwykle była bolesna, ale dyżur gospodarczy musiał wstać bo.. nie miał innego wyjścia. Śniadanie znikło w ekspresowym tempie. Gdy ozuliśmy się w czyściutkie wyszorowane poprzedniego wieczora buty i z całym ekwipunkiem szykowaliśmy się do wyjścia ze szkoły przybyła do nas druga część naszej wszędo ekipy z Warszawy, Krosna, Lublina. Jak już wspominałem ich reprezentacja podczas tego wyjazdu była niezwykle liczna. Zanim wszyscy się ze sobą przywitali i poznali minęło troszkę czasu. Szef jednak nie dał nam go zbyt dużo obyśmy się nie rozczulali i żwawym krokiem ruszyliśmy - najpierw do cerkwi w Starym Bruśnie, później zaś w kierunku Werchraty. Mimo że atmosfera była naprawdę wesoła, ten dzień dość często pozwalał nam na refleksję. Takie chwile jak te spędzone na zpomnianych cmentarzach w Mamczurach, Bruśnie Starym uświadamiają, że miejsca, które kiedyś tętniły życiem dziś podupadają. Kolejną przykrą kartę historii przypomniało nam wzgórze Herbacianka i masyw Wielkiego Działu, na których oglądaliśmy resztki umocnień Linii Mołotowa. Jeszcze przed Werchratą kolejne miejsce, które w szczególny sposób utkwiło nam w pamięci - wieś Dachany, a właściwie jedynie dzikie jabłonie wśród łąk, które przypominają, że była tu kiedyś wieś...

             W Werchracie czekała na nas gorąca woda (ta do herbaty :D) oraz nareszcie upragnione jedzono. Jako że jesteśmy znani z tego że cokolwiek da się zjeść pochłaniamy w ogromnych ilościach, musieliśmy podtrzymać klubowe tradycje. Po jedzeniu przy herbacie był prawdziwie niezapomniany wieczór. Najpierw celebracja Szefowych imienin, następnie dużo śpiewania, dużo opowieści, każdy miał swoje 5 minut podczas expose, w międzyczasie rozgrywki szachowe z Krzysiem. Nawet kiedy pora była bardzo wieczorowa i siły po całodziennym marszu nie miał nikt, dwunastostrunowa gitara Pawła oraz nasze napędzane gorącą herbatą gardła dawały radę. Poszliśmy tego dnia spać bardzo późno...

             Rano refleksja, a właściwie pytanie - za co i dlaczego musimy wstawać, oraz dlaczego już musimy wracać. Na szczęście cały dzień był jeszcze przed nami. Przez wzgórze Monastyrz gdzie znajduje się cmentarz austryjacki z 1918 roku, pomnik ku pamięci poległych żołnierzy UPA oraz u którego podłuża mieściła się pustelnia Brata Alberta podążaliśmy w kierunku Huty Lubyckiej. Ostatni postój miał miejsce pod najwyższym szczytem roztocza - Długim Gorajem. Kto jeszcze nie zdobył "korony roztocza" rzucił się w pęd ku górze, reszta natomiast w tym samym czasie raczyła się ciepłą herbatką, tudzież kanapką z pasztetem. Z potok autokar zabrał nas do Lublina. Jeszcze w Tomaszowie strzeliliśmy sobie pamiątkowe zdjęci i pożegnaliśmy Dzika, Olę, i pana Grześka, którzy musieli już stąd wracać do szarej codzienności swoich miast. Podróż do Lublina minęła sennie - organizmy musiały odespać wszystkie wydarzenia nocy, więc nawet próby śpiewu okazywały się nieudolne. Wyjazd naprawdę się udał, i mimo wielu wątpliwości przed okazało się że dzielna ekipa z Lublina znów dała radę.

     

    [Powrót]