Rajd POGRANICZE

Korczmin - Budynin - Myców - Wyżłów - Dłużniów - Sulimów - Dołhobyczów - Strzelecki PK
31.03 - 01.04.2007r.

Uczestnicy:
Paulina Drozd
Wioletta Pytka
Michał Stelmaszczuk
Chrzanowski Łukasz
Artur Ejtel
Łukasz Rzepecki
Sylwia Biedacha
Justyna Grzegorczyk
Michał Bil
Wojtek Gnyp
Maciej Małecki
Rafał Kowalik
Bartek Czarnowski
Agnieszka Kowalska

KADRA
Wojciech Girguś
Walczak Sylwia





Zobacz całą galerię z wyprawy


„Polna droga pośród kwiatów
I złamany krzyż (...)

Stara cerkiew pod modrzewiem
I pęknięty dzwon
Zarośnięty cmentarz
Na nim dzikie bzy...”

O godzinie sprzyjającej przekręcaniu się z jednego boku na drugi dziewiętnastu śmiałków wraz ze swymi nieodłącznymi atrybutami (czytaj: plecaki) stawiło się na PKS-ie. Pierwszy odcinek trasy pokonaliśmy naszym PRYWATNYM transportem, jednak zanim dotarliśmy na właściwy szlak zgromadziliśmy niezbędne zapasy żywieniowe w sklepie sieci „...” (no ad!). W punkcie wyjściowym naszej wyprawy przeszliśmy przez kontrolę Straży Przygranicznej (nie jedyną tego dnia). Po tych formalnościach mogliśmy już spokojnie oddać się temu co w naszej wyprawie było tzw. sednem.

Naszą wędrówkę śladami cerkwi rozpoczęliśmy od spotkania z drewnianą świątynią grekokatolicką p.w. Objawienia Pańskiego w Korczminie. Przy każdej odwiedzanej cerkwi i również na cmentarzu prawosławnym czuliśmy tę niezwykłą atmosferę, która sprawia, że są to miejsca tak niezwykłe... Miejsca, w których przeszłość łączy się z przyszłością, a odmienne religie i kultury żyją w symbiozie. I tak poprzez Machnówek, Budynin, Oserdów, Myców, Wyżłów, Dłużniów i Dołhobyczów dotarliśmy aż do Dubienki, która była jednocześnie miejscem naszego noclegu.

Po szybkim prysznicu spożyliśmy w stołówce internatu doskonale przyprawioną fasolkę, która rozgrzała wszystkich (niezależnie od właściwej temperatury ciała jedzącego). Po poobiedniej (bądź pokolacyjnej) sjeście spotkaliśmy się ponownie w przytulnej stołówce w celu wspólnego śpiewania. Gdy nadeszła pora ku temu udaliśmy się na spoczynek, bo przecież przed nami kolejny pełen wrażeń dzień...

Jak to mówią niektórzy: nadgorliwość gorsza od faszyzmu... Tak oto o godzinie, w której głowa bardzo dobrze przylega jeszcze do poduszki, zostaliśmy obudzeni przez rdzennych mieszkańców internatu. Mimo to postanowiliśmy jeszcze nie wygrzebywać się ze śpiworów. Komu udało się ponownie zasnąć ten spał w najlepsze, a jeśli ktoś miał lekki sen to zajął się czynnościami typowo porannymi. Po pokrzepieniu żołądka (czytaj: śniadanie) i uzupełnieniu zapasów glukozy (tudzież H2O) wyruszyliśmy przed siebie, nie wiedząc jeszcze co nam ta piesza podróż przyniesie.

Otóż pierwszą rzeczą, którą nam przyniosła ( a raczej podstawiła) był czołg i spontaniczny wykład Wojtka na temat tejże maszyny. Po zdrowej dawce informacji, raźnym krokiem podążyliśmy w kierunku bliżej znanym tylko Szefowi. Szliśmy tak sobie beztrosko pogwizdując (mniej lub bardziej udanie) aż naszym oczom ukazał się mrożący krew w żyłach widok – łąki, przez które dane nam było przejść były zalane wodą (aż tak źle nie było – były lekko mokre)! Nie były nam straszne błoto i woda – zakasaliśmy nogawice i... udało się!

Jako że data owego dnia wyglądała następująco: ‘1 kwietnia’, nie mogło obyć się bez numeru prima aprilisowego. Oczywiście osobą, z której miano zażartować był nie kto inny tylko Szef. Niestety nie przewidzieliśmy, że 17 osób biegnących z plecakami w stronę przeciwną do kierunku marszu i na dodatek wskakujące do ogromnego dołu będą wydawały odgłosy podobne do biegnącego stada słoni.

Dalsza droga to głównie las i błotniste drogi... i tak aż do asfaltu – ostatniej prostej na naszym pierwszym wiosennym rajdzie...

Biedaszka

[Powrót]