„Nie zgaśnie tej przyjaźni żar
Co połączyła nas
Nie pozwolimy by ją starł
Nieubłagany czas.
Kto raz przyjaźni poznał moc
Nie będzie trwonił słów
Przy innym ogniu w inną noc
Do zobaczenia znów.”
Od zarania dziejów (prawdopodobnie) pożegnanie kojarzy się ze smutkiem i ze łzami... ale nie kiedy w grę wchodzi pożegnanie wszędołazowych maturzystów! „Uroczystość” oczywiście miała się odbyć w środowisku naturalnym (czyli gdzieś gdzie zwykły śmiertelnik by się nie wybrał) dlatego spotkaliśmy się o godzinie 18:10 na dworcu PKS. Autobusem relacji Lublin – Puławy dotarliśmy do Kazimierza i tam na rynku daliśmy 5-ciominutowy koncercik z choreografią w tle (ahh... kazimierscy tancerze...). Opuściliśmy tłum swoich fanów i ruszyliśmy w drogę ku przeznaczeniu...
W podskokach poprzez wąwóz do Dziadków (Artka) spieszy Wszędołaz, uśmiecha się cały czas do słońca i do chmurek ( w wersji oryginalnej: ‘poprzez las’, ‘do babci’ i ‘Czerwony Kapturek’)... Tak przy świetle zachodzącego słońca i wśród radosnych rozmów doszliśmy do ogródka przemiłych i odważnych Dziadków Artura (przenocować ponad dwudziestu wygłodniałych osobników w swoim ogródku to czyn godny miana czynu heroicznego). Po rozdzieleniu stref namiotowych, własnoręcznym (w przypadku jednej ekipy cudzoręcznym) rozstawieniu naszych „domów” i przygotowaniu prowiantu zasiedliśmy wkoło ogniska...
Chwila refleksji ze strony Szefa, kilka zaśpiewanych piosenek i tak od uczty duchowej przeszliśmy do sfery całkowicie cielesnej – kiełbasa na kij i do dzieła! Po skosztowaniu bogactw natury (bądź sklepu spożywczego) poświęciliśmy się temu co nam najlepiej wychodzi (hiperbola) czyli śpiewaniu. Po krótkiej przerwie organizacyjnej przeszliśmy do części oficjalnej całej „imprezy”.
Tradycyjnie zaczęło się od przemowy Szefa – przemowy pełnej wspomnień o „trzech najtłustszych latach Klubu” i słów nadziei na przyszłość. Przy wtórze muzyki rozdaliśmy (my = drugoklasiści) maturzystom (własno-) ręcznie robione prezenty. Choć niektórym łezka się w oku zakręciła to wszyscy byli weseli, bo przecież to tylko przejście na drugą stronę... I trwaliśmy tak wśród wspomnień zawieszeni w czasoprzestrzeni...
Około godziny 3 (mimo że już wcześniej zaśpiewaliśmy „Czarnego bluesa o 4 nad ranem”) głos Szefa wezwał młodszą część ekipy (under matura) do spoczynku - jak (nie-)grzeczne baranki udaliśmy się do swych namiotów. Wydawało się, że to już koniec wrażeń aż do rana, ale gdzie tam... W porze gdy dzień odniósł zwycięstwo nad nocą usłyszeliśmy mrożący krew w żyłach krzyk: „Kto chce pierniczka?” – to znak, że reszta załogi (łącznie z Karolem) wróciła z ogniska...
Niewyspani, bez śniadania i spakowani podziękowaliśmy za gościnę i wyruszyliśmy w drogę powrotną – ta minęła nam przyjemnie i bez większych przeżyć (nie licząc epizodu z wodą na spodniach Michała). Na lubelskim PKS-ie kilka słów na koniec i już po „pożegnaniu maturzystów”...
„Pożegnani”, ale zawsze z nami, bo przecież: JAK RAZ WSZĘDOŁAZEM TO NA ZAWSZE...
P.S.: Dzieeeeeeeee mie s tymi ręcoma!
Biedaszka