Jest ósmy marca, czyli - jak każdy wie – komunistyczne Święto Kobiet. Spotykamy się na dworcu PKS o zabójczej godzinie 7. Jednak wszyscy są w świetnych humorach, bo z myślą, że w autobusie będą mogli sobie jeszcze pospać. Piękne różyczki trafiają do Wszędokobitek i ruszamy w drogę. Atmosfera w autobusie nieco senna, Szef i kilku facetów śpi. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów – jak to zwykle bywa – zostają wyciągnięte kanapki. Furorę zrobiła bagietka Madzi z ... gruszką, którą Saju pożarł i zapytany, czy smakowała, odpowiedział z uśmiechem, że tak. Nie obeszło się bez sporu, z czym owa kanapka była... Saju obstawiał boczek, Madzia była pewna, że była to polędwica czosnkowa... Pozostało to niewiadomą do dziś. Cóż, nikt się nie otruł, więc myślę, że Madzia z kanapkami nie raz jeszcze będzie eksperymentować.
Droga z Pieszowoli do Urszulina, to wędrówka przez Poleski Park Narodowy. Zaopatrzeni w lornetki i z przesympatycznym Panem Przewodnikiem ruszyliśmy wypatrywać między innymi ptaki. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ze zwierząt pamiętam tylko gęsi, łabędzie, lisa i ... zająca, którego sam Szef wypatrzył!!! Niektórzy zaprzeczali, jakoby zwierzę to miało w ogóle uszy i sierść, ale ja wierzę Szefowi. Z ciekawych miejsc w Parku wspomnę o Durnym Bagnie, z którym wiąże się fascynująca historia jego nazwy. Nie chcąc przekręcić nazwy rośliny (?), która stała się inspiracją nadania bagnu przydomku „durne”, nie przytoczę jej.
Wędrówka nie była jednak tylko typowo przyrodnicza, dla miłośników historii (lub po prostu tych, którzy zdają z niej maturę) też się coś znalazło. Zatrzymaliśmy się bowiem pod pomnikiem w Wytycznie. Historię tej bitwy z 1939 opowiedział nam kolega Michał, a dokończył Pan Przewodnik.
W końcu doszliśmy do Urszulina. Wszyscy dostali własne łóżko, bądź materac i możliwość prysznica (luksus!). Nie wspomnę już o pysznej fasolce, doprawionej przez Hanię czosnkiem i majerankiem. Pycha! Po zjedzonym obiadku przyszedł czas na zmywanie naczyń (o jego przebiegu nie wspomnę) i śpiewanie. Wtedy też dowiedzieliśmy się o pokonanej drodze tego dnia – 28 km, co jest niezłym wynikiem według mnie.
Drugiego dnia, również wybraliśmy się pieszo (i z plecakami!) na krótką wędrówkę. Z Urszulina, po zrobieniu zakupów w słynnym sklepie Groszek (niektórzy z nas zaopatrzyli się w lizaki), skierowaliśmy się w stronę Garbatówki. Było trochę asfaltu, trochę wsi, trochę lasu i doszło do pewnej dyskusji z głosowaniem. Wędrówka pieszo oficjalnie skończyła się o godzinie jakoś przed 16 i później siedzieliśmy już w autobusie, jadąc do Lublina... Potem niektórzy z nas, albo odrabiali lekcje, albo też odsypiali...
Czas na ocenę rajdu z mojej perspektywy, czyli osoby, która we Wszędo jest dopiero kandydatem i był to jej pierwszy wyjazd. Co mogę powiedzieć? Było nas niewiele, dlatego też zdążyłam bliżej poznać kilka osób. Jestem pod wrażeniem, i całego wyjazdu, i towarzystwa. Sympatycznie, śmiesznie i kameralnie. Oby więcej takich!
Olga